WYWIAD- CAST IN IRON


wywiad z grudnia 2010, na pytania odpowiada Marcin.START.

Na początku 2010 wydaliście debiutancki materiał  i to zamiast dema w Internecie od razu cd i lp w Nikt Nic Nie Wie. Opowiedzcie o pracy nad materiałem i o tym, jak został przyjęty, jaki mieliście odzew, jakieś zabawne recenzje? Mi się bardzo podobała ta z MRR gdzie napisali, że gracie crusta :D

Pracę nad materiałem zaczęliśmy tak mniej więcej późną zimą/wczesną 2010, z tym, że już na tamtym etapie 2-3 kawałki mieliśmy prawie gotowe jeśli chodzi o warstwę muzyczną, bo wybraliśmy je z pozostałości po Daymares. Stwierdziliśmy, że były zbyt fajne, żeby się miały zmarnować, a po lekkich modyfikacjach pasowały nam do reszty. A z resztą kawałków poszło nam dosyć szybko. W sumie całą płytę zrobiliśmy praktycznie we dwóch z Arkiem jak jeszcze Cast In Iron na dobre nie istniało, a my byliśmy na takim etapie, że wiedzieliśmy, że chcemy czym prędzej zrobić nowy zespół. Mieliśmy dużo pomysłów, sporą zajawkę, więc nowe kawałki przychodziły szybko. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy jak to wszystko będzie wyglądało, ale byliśmy zdeterminowani, żeby znowu razem pograć. Potem skompletowaliśmy skład i zaczęliśmy wspólne próby już jako zespół. O ile z Domanem byliśmy od jakiegoś czasu dogadani, to nie wiedzieliśmy jeszcze kogo zaprosić na bas. Grzesiek miał wtedy w życiu taki okres, że sporo pracował i nie mógł poświęcić wystarczająco dużo czasu na zespól, więc próbowaliśmy grać jeszcze z jednym kumplem, ale niewiele z tego wyszło i ostatecznie do zespołu i tak dołączył Grzesiek. Stało się to jednak już po nagraniu płyty, którą zresztą razem nagrywaliśmy i miksowaliśmy (Grzesiek wymyślił też i nagrał bas do jednego kawałka).
Nie pamiętam zbyt wielu recenzji, ale ogólnie mieliśmy całkiem dobre przyjęcie. Zadziwiająco dobre. Jedyne co zapamiętałem to właśnie to, że ludzie często mają zagwostkę jak nas zaszufladkować. To akurat mnie cieszy.
Nie wydaliśmy dema, bo narobiliśmy od razu wystarczająco dużo kawałków, żeby zrobić z tego płytę. A że Uszaty i Wołu zaufali nam na tyle (za co jesteśmy im bardzo wdzięczni), że wydali debiutujący zespół od razu na LP i CD, to nie mogliśmy z takiej okazji nie skorzystać.

Jesteście jednym z niewielu zespołów, który w Internecie ma tylko swoją stronę www. Nie macie profilu na Myspace, nie macie profilu na facebooku , nawet na bandcampie was nie ma. Ja uważam, że to super ale dlaczego się na to zdecydowaliście?

Ja to powiem Ci, że nie wiem czy to super czy nie. Tak po prostu jest. Muszę jednak przyznać, że sporo osób zwróciło na to uwagę i pytano nas o to wcześniej. Generalnie nie mamy nic przeciw różnym innym sposobom na "istnienie" w sieci. Po prostu wybraliśmy taki, który nam najbardziej odpowiadał. Myspace był spoko do momentu, kiedy przestał być spoko i jakakolwiek rzecz, którą próbowałem tam zrobić, jakakolwiek drobna zmiana, doprowadzała mnie to furii, bo co chwilę pojawiały się jakieś nowe ulepszenia, które tak naprawdę były chuja warte i tylko wszystko utrudniały. Bandcamp z tego co się orientuje jest całkiem spoko, między innymi dlatego, ze można tam wrzucać pliki dobrej jakości. Co do Fejsbuka, choć nigdy nie miałem tam konta, to nie mam wątpliwości, że jest teraz pewnie najlepszym portalem, jeśli chodzi o szeroko pojętą promocję czegokolwiek. W sumie nawet jak nie mamy Fejsbuka, to i tak się na nim od czasu do czasu pojawiamy, bo zdaje się, że wszystko tam wcześniej czy później ląduje.
Stara dobra metoda, czyli zrobienie strony, wydała nam się najbardziej spoko. Chcieliśmy chyba trochę uciec od tych wszystkich portali i mieć tym samym mniej miejsc do ogarnięcia. A i na stronie nikt nam niczego nie zmienia, nie utrudnia, mamy jak chcemy i jest git. Wyszliśmy z założenia, że jak ktoś będzie chciał się czegoś o nas dowiedzieć, posłuchać naszych kawałków etc., to znajdzie nas w ten czy inny sposób. Jak szukasz czegoś w necie, to i tak najpierw zazwyczaj prosisz o podpowiedź wujka Google, a po wpisaniu w wyszukiwarce nazwy Cast In Iron, nasza strona wyskakuje zdaje się jako pierwsza, więc wychodzimy na swoje tak czy inaczej. Jedynym minusem w porównaniu z wymienionymi wcześniej opcjami jest to, że za stronę trzeba płacić, ale umówmy się - majątek to nie jest.
Jak nie było Internetu, to żeby się czegoś dowiedzieć wertowałem ziny, katalogi sprzedaży wysyłkowej różnych labeli, bądź też szukałem informacji o gigach na telegazecie.
Dziś nadal przeglądam ziny, ale doszły też blogi, strony wytwórni, newslettery a jakby co, to wszystko można sprawdzić na takim hc.pl, które jak do tej pory jest (przynajmniej dla mnie) najlepszym źródłem informacji o gigach w Polsce. Reasumując - nie trzeba sprawdzać Fejsbuka, żeby wiedzieć co się dzieje w hardcorze. Może kiedyś skorzystamy z tych wszystkich innych opcji, ale na razie chyba nam się nie chce.


Czy można powiedzieć, że CAST IN IRON jest w jakiś sposób przedłużeniem ( albo raczej rozwinięciem ) DAYMARES?


Cast In Iron to zupełnie nowy zespół, który powstał po rozpadzie Daymares. I tyle ma z nim wspólnego jeśli chodzi o przedłużenie. Zaczął istnieć, kiedy tamten przestał. Mimo, że mamy w składzie trzy osoby z tamtego zespołu i światopogląd oraz podejście do wielu spraw pewnie nam się bardzo nie zmieniły, to jest to jednak zupełnie nowa sprawa.

Pytałem już o to Patryka przy okazji wywiadu z IRON TO GOLD - dlaczego obydwa zespoły, w których grają byli członkowie DAYMARES mają "IRON" w nazwie  ?  ;)

Prawda jest taka, że mieliśmy się na początku nazywać Cast In Gold, a oni Silver To Coin. Stwierdziliśmy jednak, że z taką ilością złota i srebra na raz będzie trochę za bogato, więc poszliśmy na kompromis i znaleźliśmy inny wspólny mianownik - musiał to jednak też być jakiś metal. Nię będę tu ujawniał dlaczego musieliśmy mieć wspólny metalowy mianownik (którym na dodatek nie jest Arek Lerch), bo nie chcę robić syfu w Twojej gazecie. Powiem tylko, że Patryk nam kazał - to jeszcze stare zaszłości z czasów ostrowieckiej sekcji karate Tsunami, którą potrząsał wtedy pewien były UB-ek.
Chłopaki jednak uparli się na złoto i wychujali nas na ostatniej prostej zgarniając całą pulę - i Iron i Gold. Nie wiem co na ten temat napisał Ci Patryk. Wiem jedno - na pewno kłamał.

Co to jest za słoń na tylnej stronie okładki waszej płyty ?

To pięciotonowa słonica Mary, którą zabito w taki właśnie sposób, jak widać na zdjęciu. Rzecz działa się w 1916 roku w Kingsport, Tennessee. W skrócie: Mary rozdrażniona przez niedoświadczonego asystenta swojego opiekuna (krążą różne wersje w jaki sposób ją rozdrażnił: jedna z nich mówi, że dźgnął ją czymś w ucho po tym jak chciała podnieść z ziemi jakiś smakołyk), instynktownie broniąc się, zabiła go rzucając go o ziemię i miażdżąc mu głowę. Więcej szczegółów można znaleźć w necie.
Polecam sprawdzenie tej historii. Kolejny obraz tego jak popierdoleni potrafią być ludzie i jak daleko potrafią się posunąć, aby osiągnąć cel.

Wiem, że minęło już parę miesięcy, ale opowiedzcie coś o waszej letniej trasie z CALM THE FIRE.

Trochę czasu minęło i trudno wdawać się w szczegóły, bo spora część z nich jednak uleciała już z pamięci, ale ogólnie to było bardzo fajnie. Nie była to jakaś długa wycieczka, bo zagraliśmy chyba coś około 8 koncertów w Polsce, Czechach i we wschodniej części Niemiec.  Miło ten czas wspominam. Było raczej spokojnie - mieliśmy do przejechania bardzo małe odległości, więc poza Paciorem, który występował też w roli kierowcy, chyba jakoś specjalnie się nie przemęczaliśmy. Tym bardziej, że Pacior raczej zadbał o komfort w swoim vanie. Kto jeździł, te wie - granie na Playstation w drodze na koncerty raczej nie męczy. Najfajniesze gigi to chyba Berlin i Poznań z tego co pamiętam. Spędziliśmy też całkiem miły day off w czeskiej Pradze, gdzie sam koncert dzień później był trochę na wariata, ale koniec końców też był fajny. Pamiętam, że gig musiał się skończyć nie później niż o 22:00. To była sztywna reguła, która z jakichś tam powodów (położenie miejscówki, sąsiedzi etc.) nie mogła zostać złamana. Z racji tego, że przypadło nam w tym dniu granie na końcu, a gig się trochę opóźnił, to po rozstawieniu wszystkich gratów zostało nam - nie przesadzając - lekko ponad 10 minut na zagranie koncertu. Chyba nigdy nie zagraliśmy takiego skondensowanego i szybkiego setu. Wyjebując dwa kawałki wyrobiliśmy się idealnie w czasie, ale chyba nie zrobiliśmy żadnej przerwy w graniu. Na zewnątrz było wtedy trzydzieści kilka stopni ciepła i pamiętam, że potrzebowałem potem dłuższej chwili, żeby dojść do siebie. W sumie dobrze to wszystko wyszło - zawsze wolałem krótkie koncerty, bez męczenia buły. Zazwyczaj staramy się nie przekraczać 20 minut. Tam jednak przeszliśmy samych siebie. :)
Generalnie to dużo na tej trasie jedliśmy. Miasta takie jak Berlin i Praga sprzyjają turystyce jedzeniowej. W Poznaniu, Wrocławiu i w Łodzi też potrafią nakarmić.

 Jakie plany na przyszłość? Kiedy nowe nagrania?

Jesteśmy w trakcie pracy nad nową płytą, ale na razie jest pod górkę. Może uda się ją nagrać w tym roku - pewnie bliżej końca jeśli już. Planujemy trochę pokoncertować wiosną. W maju jedziemy na trasę za granicę, a w międzyczasie postaramy się pograć też trochę w Polsce. W lecie gramy na DIY Feście w Gdyni. Jesienią może kolejna trasa. Zobaczymy.

 ________________________________
  http://castiniron.pl/